Stary pociąg od dawna nie ruszał. Ostatnią podróż swoją zakończył ponad sto lat temu. Teraz prawie go nie było widać z za porastającej go roślinności.
Skąd więc wziął się tam lew? Nie wiadomo. Zwierze przechodziło przez kolejne wagony. Obwąchiwał resztki rzeczy pozostawionych przez dawnych pasażerów. Pomału dochodził do kabiny maszynisty. Łapy mu drżały. Szukał czegoś, co mogłoby mu pomóc. Z daleka dochodziły odgłosy samochodu. Wyjrzał przez okno. Zobaczył ludzi w białych fartuchach. Nie miał zamiaru do nich wracać.
Wszedł do kabiny maszynisty. Okna w niej były pokryte grubą warstwą roślin. Irytowało go, że nie mógł znaleźć swojej substancji. Wszyscy chcieli mu ją zabrać. Ale on na to nie pozwoli. Wreszcie odnalazł to, co chciał. Oparł się łapami o fotel i zaczął łapczywie zlizywać fioletową substancję. W pewnym momencie poczuł dotknięcie. Warknął głośno i nastroszył grzywę. Jakim prawem ktoś przerywał jego święty rytuał?!
Odwrócił się. Z dziury w podłodze wyrastała mała, koścista ręka przypominająca ludzką. Obwąchał ją. Pachniała paliwem. Po chwili paluszki się poruszyły. Cichy głosik wołał o pomoc. Pod podłogą leżała mała dziewczynka. Z lękiem patrzyła na zwierze. Lew odtrącił jej rękę. Drzwi się otworzyły. Do środka wszedł ubrany w biały fartuch mężczyzna. Na twarzy miał wypisaną irytację. Lew usiadł na ziemi. Mężczyzna chciał już mu podać lek. Wtedy jednak usłyszał głosik dziecka. Przykucnął przy dziurze. Wyciągnął do małej rękę.
W tym momencie zwierze wykorzystało okazję. Przeskoczył nad nimi i uciekł.T
