Od poniedziałku mam dyżur a kuchni i za każdym razem wyciągałam brudne naczynia do zmywarki. Wiadomo, nie jest to sprzęt pierwszej nowości, a pieniędzy też brakuje. To mogę zrozumieć. Pani terapeutka wytłumaczyła mi, że to prawdopodobnie przez ściśnięte w środku naczynia. Pomyślałam sobie, że może tak być, bo talerzy jest dużo, zmywarka chodzi każdego dnia, a ja sama ich lepiej ułożyć nie umiem. Dziś jednak czara goryczy się przelała. Ktoś włożył brudne naczynia do szafki! Zobaczyłam, kiedy miałam wyciągnąć zastawę potrzebną do obiadu. Szlag mnie trafił. Oczywiście wszystkie zostawiłam je osobno do mycia, ale zaczęłam też dochodzić do tego kto zrobił. Uważam, że powinien się zająć tym ten kto je tam włożył. Dla przykładu: jeśli ja się w domu ostatnia kąpałam i zapomniałam powiesić dywanik, to do mnie mam przychodziła, abym to zrobiła. Gdybym zobaczyła, że naczynia po wyciągnięciu są brudne - od razu bym je umyła. Bo kto chce jeść z brudnych? Tak jestem uczona w domu. Jak najbardziej rozumiem, że stara zmywarka może nie domyć, ale zmywarka nie chowa talerzy do szafy!Oczywiście problem brudnych talerzy codziennie zgłaszałam do pani prowadzącej. Powiedziałam także koleżance, aby płukać wszystko przed załadowaniem. W odpowiedzi usłyszałam, że nie bo "tabletka umyje". Chciałam wytłumaczyć, że przecież zmywarka może się od tego zatkać.
Jednak w duchu czułam się, jak jęczałka, co chce wszystkimi zarządzać. Boję się też usłyszeć od kogoś, że się wymądrzam, a sama nic nie zrobiłam. Dla jasności: to nie jest tak, że nie chcę nic robić. Jeśli coś jest do zrobienia, albo dostanę jakieś zadanie, to robię to. Nawet sama się pytam (np. w piątek, jak przyjdę), co jest do zrobienia. Zawsze staram się wykonać swoje zajęcia najlepiej, jak umiem i najlepiej, jak pozwala mi na to obecny sprzęt. W domu też zajmuję się takimi sprawami bez większego problemu.
Chciałabym jednak, aby inni też poważnie potraktowali to, co robią. Tym bardziej, że wbrew pozorom od tego zależy moja robota. Np. po kawie trzeba powycierać stoły, ale zawsze jest jakiś stolik na którym znajduję się mnóstwo okruszków. I siedzą przy nim osoby na tyle sprawne, że mogą to zrobić, ale wydaje mi się, że nikt ich nie nauczył.
Podobnie jest z myciem podłogi. Najpierw ktoś musi ją zamieść, aby ktoś inny ją umył. Staram się unikać mycia z kilka prostych powodów: zawsze natrafiam na jakieś śmieci. Wiadomo, przy zamiataniu zawsze się coś ominie, szczególnie, że wokół chodzą inne osoby. Najlepiej byłoby odkurzać, ale to ciągnie prąd i zwiększa koszty. Jednak są takie miejsca gdzie ciężko nie zauważyć, że jest brudno, a mimo to ktoś je ominął. Zazwyczaj takie rzeczy robimy w dwie osoby. I często jest tak, że ta druga osoba potrafi zamieść w tym samym czasie, dwa razy taką powierzchnię, co ja. Zastanawiam się wtedy: "Jak on to zrobił?". Kolejnym problemem jaki mam z myciem podłogi, to sprzęt. Przede wszystkim mop jest bardzo niziutki i nie mam na tyle dużo siły, aby go dobrze wycisnąć. Jednak o sprzęt nie będę się czepia, bo to kwestia pieniędzy, których nie ma. Wiadomo, że gdybym ktoś sypnął solidnym groszem, to wiele rzeczy byśmy poprawili.
Pisząc to, myślę sobie o sprzątaniu w domu. Wiele rzecz też robię krócej niż moja mama, ale moim zdaniem - dokładnie. Jeśli coś zrobię źle, to ona mi to powie. Różnie z moją reakcją bywa, ale najczęściej staram się zapamiętać, co trzeba poprawić. Jeśli mama nauczy mnie coś robić w taki sposób, to w ośrodku też to tak robię. I w sumie to cieszę się, jak zwracam mi uwagę. Chociaż nie raz się denerwuję, że chyba ma jakiś super nadwrażliwy wzrok, bo widzi rzeczy, które ja widzę dopiero po bliższym przyjrzeniu, to wiem, że w domu jest porządek, a ja się uczę robić rzeczy dobrze. Czuję się, trochę, jak taka "mama" w ośrodku. Mam wrażenie, że wśród moich kolegów, to mi najbardziej zależy na czystości w ośrodku. Chciałabym nauczyć dlaczego tak ważne jest, aby sobie sprzątać, ale czuję się wtedy, jak taka jęczałka, co "nic nie robi, tylko rządzi innymi". Z resztą, czy to ja powinnam zwracać na to uwagę?



.jpg)