Jakieś pół godziny przed pisaniem tego postu, czułam się bardzo źle. Cała się trzęsłam, machałam rękoma, chodziłam w te i we w te. Do tego wstyd, że widzą to moi koledzy, panie z ośrodka, moi koledzy, widzą, jak się zachowuję, a ja nie mogę im powiedzieć dlaczego. Trwało to około godziny i bałam się, że niechcący zrobię sobie krzywdę. Pomogła mi dopiero rozmowa z moją ciocią.
To się opanować było, a nie swoje fochy z do innych wynosić!
Może zdrowa osoba to potrafi. Ja nie. Z resztą, nikt nie wie ile wysiłku muszę włożyć, aby zachowywać się "tylko" tak. Równie dobrze można pójść na oddział onkologiczny i wykrzyczeć: "Przestańcie być chorzy!" Tak samo jest z "opanuj się". BEZ SENSU. Chyba, że załączysz do tego jakąś prostą, cudowną i skuteczną radę, jak to zrobić. Bez tego jest to pusty frazes.
Z resztą ta rozmowa była mi w tym momencie potrzebna, jak leki. Musiałam się wykrzyczeć, wyżalić. Ale doszło do tego poczucie winy, że opowiadam o tym. W końcu ta sprawa nie tylko mnie dotyczyła. Ale wtedy dobijała mnie też okropna samotność, że nie mam z kim o tym porozmawiać. Słowa: "Porozmawiam z tobą, jak będziesz spokojna!" są, jak gaszenie pożaru benzyną. Bo ja potrzebowałam wysłuchania, aby się uspokoić. To rada od pani psycholog, ale muszą o to zapytać, bo coś tu nie działa. To błędne koło: potrzebuję wysłuchania, kiedy jestem załamana, ale nie dostaję go, bo mówię już lekko podniesionym głosem, który i tak staram się opanować (ale kto to widzi?). Przez to czuję się jeszcze gorzej. Miałam ochotę zniknąć, aby nie czuć tej okropnej samotności.
Oczywiście mogę rozmawiać o tym na terapii, ale to dopiero za miesiąc, a wysłuchania potrzebowałam w tym momencie...
Będziesz się teraz żalić ludziom jaka ty biedna jesteś, a to wszystko twoja wina! I nie zwalaj na głupiego "Aspergera"! Jesteś żałosną atencjuszką!
No tak, prawda w "oczy kole"...
Eh, no to co cię tak wkurwiło?
Oj biedna ty, hah! Normalnie nikt nie może skrytykować, bo księżniczka strzeli focha! Nie znasz się na życiu, dziewczyno. Innych też w pracy krytykują i oni Z TYM ŻYJĄ.
Ale ja nie jestem "inni"! Ja to ja. Kiedy od rodziców usłyszałam, że za słabo wyciskam mopa, to też byłam zła. Ale jest różnica między powiedzeniem: "Musisz lepiej wyciskać mopa, bo nadmiar wody niszczy panele", a powiedzeniem: "Dla mnie to nie mycie podłogi, tylko rozmazanie wody". W dodatku wiem dlaczego mam tego nie robić. W końcu panele służą nam wszystkim. Trzeba o nie dbać, aby nie marnować pieniędzy. Teraz zawsze staram się wycisnąć mopa tak, jak trzeba. :)
Ale zdarzają się sytuacje, kiedy jestem krytykowana za to, że robię coś "nie normalnego". Np. "Nikt nie chodzi spać w dzień, to nie jest normalne." A dlaczego nie? Ja nie pracuję, a jak coś w danym momencie trzeba zrobić - wystarczy powiedzieć, że muszę zrobić to teraz, bo... I kto to jest ten "nikt"? Przecież na świecie są miliardy ludzi dla każdego, co inne jest normalne. Czemu ja mam tak robić, kiedy nie mam obiektywnego, sprawdzonego, racjonalnego argumentu? Z resztą, można to odwrócić w drugą stronę np. dziecko mówi "Chciałbym mieć tatuaż, wszyscy koledzy w klasie go mają." Innymi słowy "To jest normalne, bo koledzy to mają". Standardowa odpowiedź standardowego rodzica: "A jak wszyscy pójdą skakać z mostu to ty też pójdziesz?"
Argumenty w stylu: "nikt tak nie robi", "to nie normalne", "to dziwne" są bez sensu. Jeśli nie robię sobie lub komuś krzywdy (prawdziwej, nie urojonej) to czemu mam tego nie robić.
Konkretny przykład (z życia, na koncercie):
ŹLE: Nie skacz tak, bo ludzie się gapią.
Co tu nie działa? Mam w dupie, że ludzie się gapią. Jestem na koncercie, to będę tańczyć. Proste. Moja reakcja: Daj spokój, to ich problem.
DOBRZE: Rozumiem, że chcesz sobie potańczyć. To normalne, ale źle się z tym czuję, że ludzie się na ciebie gapią.
Co tu DZIAŁA? Rozumiem, że ktoś może się przejmować spojrzeniami bardziej niż ja. Moja reakcja: Okej, mamo, spróbuję się trochę powstrzymać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz