Spowiedź to coś, co od jakiegoś czasu mi ciąży. Z jednej strony nie wyobrażam sobie świąt bez spowiedzi. Z drugiej strony coraz częściej towarzyszy mi jedno tanie: jaki to ma sens? Nie uważam, że jestem bez grzechu. Wręcz przeciwnie, takich osób po prostu nie ma. Bardziej mnie zastanawia ile z tych grzechów to prawdziwe grzechy w Biblii. Sprawa kolejna: czy Biblia to rzeczywiście głos Boże czy raczej ludzi, którzy wtedy żyli? Jestem zdania, że w pierwszej kolejności powinniśmy brać pod uwagę naukę, która jest obiektywna i nie patrzy na cudze "uczucia religijne". Np. Biblia mówi, że praktyki homoseksualne to grzech. Rzeczywistość? Nie ma w tym nic dziwnego. I nie, nie jestem homoseksualna. To tylko przykład, który jako pierwszy przyszedł mi do głowy.
Ale rzeczą, która mnie głównie odpycha od kratek konfesjonału jest "mocne postanowienie poprawy". Żeby spowiedź była ważna, to trzeba je obiecać i żałować za grzechy. Nienawidzę tego mówić, bo najczęściej nie żałuję i w pewien sposób kłócę się sama ze sobą: chcę zachować nauki kościoła i jednocześnie żyć tak, jak uważam, że jest dobrze. Czyli "zjeść ciastko i mieć ciastko". Nie da się tak.
Mam wrażenie, że teraz plecę trzy po trzy, bez większego ładu i składu, ale jakoś nie mogę tego ubrać w słowa, aby było jasne o co mi konkretnie chodzi. Chciałabym się stosować do prostej zasady: albo w prawo, albo w lewo. Albo czarne, albo białe. Tylko, że nie zawsze jest to możliwe. Np. pornografia. Ok, zgodzę się, że w wielu aspektach jest ona szkodliwa, ale nie uważam, że trzeba ją zakazywać. Myślę, że każdy ma swoim życiu etapy, kiedy ją ogląda. Później idę mówić o tym w konfesjonale i zastanawiam się czy ksiądz u którego się spowiadam też tego nie robi.
Nie wiem, mam nadzieję, że rozumiecie coś z tego, co napisałam. :D

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz